W mosh picie wszyscy się biją, ale to nie daje nikomu prawa do bycia złą osobą

Zespół PUP pochodzi z kanadyjskiego Toronto. Grupa założona w 2013 roku, początkowo pod nazwą „Topanga” (zmienioną na krótko przed wydaniem debiutanckiego albumu), gra bardzo interesującą i niezwykle słuchalną wariację na temat punk rocka. Zachowując energię i ducha nieporządku eksperymentują z rytmem, melodiami i harmonią, tworząc jedyną w swoim rodzaju mieszankę wszystkiego, czego można chcieć od indie rockowej kapeli – włączając w to fantastyczne występy pełne humoru i dobrej atmosfery. Zespół zaczął przyciągać uwagę i zdobywać uznanie już od momentu samodzielnego wydania swojej pierwszej EPki, co tylko zyskało na sile po pojawieniu się debiutanckiego longplaya. Odkąd tylko został on wydany w 2013 roku PUP niemal nieustannie są w trasie, jednak dopiero w zeszłym tygodniu pojawili się w Polsce po raz pierwszy, na dwóch koncertach – w Warszawie i Krakowie – w ramach wspólnego tournée z Frankiem Turnerem. Wykorzystaliśmy więc okazję i po koncercie w Mieście Królów, porozmawialiśmy z ich gitarzystą prowadzącym, Stevem Sladkowskim.

Antoni Kuźmiński: Jak było w Warszawie?

Steve Sladkowski: Świetnie. Przyszło sporo osób.

Więcej niż tutaj?

Nie wiem, ale świetnie było widzieć, jak ludzie śpiewają nasze piosenki i są zainteresowani…

Sam się właśnie zdziwiłem, bo nie znałem tu nikogo kto wy o was słyszał. Mówiłem o was swoim znajomym, ale to by było na tyle. A teraz słyszałem, że ludzie śpiewali z wami – to było fantastyczne!

Tak, to jest totalnie niesamowite, kiedy jesteś tak daleko od domu i słyszysz ludzi śpiewających twoje piosenki.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem was w Londynie w 2016 roku, Stefan [Babcock, frontman – przyp. red.] powiedział na scenie, że trzy miesiące wcześniej przyjechaliście tam jako support, a kiedy ja was widziałem, to byliście headlinerem na wyprzedanym koncercie!

Tak, dużo kocertowaliśmy, więc myślę, że jakoś dotarliśmy do ludzi.

Czy wy właściwie robicie coś innego poza koncertowaniem?

Nie… Kidy jesteśmy w domu, to piszemy muzykę, gramy więcej muzyki… Nie wiem, czytamy książki oglądamy telewizję…

Nie macie dziewczyn ani nic?

No tak, partnerki – pewnie. Nestor [Chumak – przyp. red.], nasz basista ma żonę i w ogóle…

I to działa przy tym nieustannym koncertowaniu?

Jasne.

Jest w was pewien paradoks, mianowicie – jesteście zespołem punkowym, wasza muzyka jest głośna i agresywna, wchodzicie na scenę i mówicie „Bawcie się, moshujcie, skaczcie ze sceny”, ale zaraz potem dodajecie „Róbcie to wszystko bezpiecznie” albo coś takiego. To jest fajne w tym sensie, żeby ludzie nie byli dla siebie wredni, ale wydaje się to nieco dziwne dla wizerunku zespołu punkowego. Po prostu zdajecie się być najmilszymi ludźmi na świecie.

Bo jesteśmy – mam nadzieję, że ludzie tak myślą. Myślę, że jest przestrzeń, żeby się bawić i wyrzucić z siebie wszystkie te emocje i uczucia, na które punk pozwala. Ale to nie daje ci prawa do bycia złą osobą.

A co z korzeniami, co z tym, co robił Johnny Rotten? Wiem, że to było dawno, ale…

Myślę, że to niezupełnie oddaje takiego ducha albo życiową czy polityczną ideę, żeby postarać się i stworzyć przestrzeń dla ludzi o bardzo różnych życiorysach. Myślę, że możesz się bawić i być spocony i zrobić mosh pit, gdzie wszyscy w jakiś sposób walczą ale też należy stworzyć przestrzeń, gdzie kobiety czują się bezpieczne i ludzie o odmiennej seksualności czują się bezpiecznie i w ogóle ludzie, którzy w życiu niekoniecznie są traktowani tak samo jak ty czy ja ciągle czują się bezpiecznie. I na to, moim zdaniem, punk wciąż pozwala. Żeby outsiderzy i ludzie, którzy nie czują się akceptowani gdzieś indziej przyszli tutaj i czuli, że są częścią czegoś większego.

Wasza muzyka jest punkowa, ale wy wynieśliście ją na kolejny poziom. Jest to bardziej skomplikowane od tego, do czego przywykliśmy w punku pod względem rytmu czy melodii. Ciekawe jest też to, że wszystko wydaje się grać osobno, inaczej i w oderwaniu od reszty, a jednak się zgrywa. Jak do tego doszło?

Myślę, że chodzi po prostu o to, że nasza czwórka lubi dużo różnej muzyki. Kochamy metal, punk, rock and roll, folk, jazz, elektronikę – praktycznie wszystko. I nie boimy się powiedzieć „O, spróbujmy czegoś takiego metalowego” albo „Spróbujmy takiego dziwnego…”, wiesz… Powinno się robić muzykę, która odzwierciedla to, co ty osobiście lubisz i może co podoba się twoim odbiorcom. Teraz przez Spotify czy Apple Music albo jakąkolwiek inną platformę streamingową słucha się przeróżnej muzyki. Nawet ludzie, którzy lubią punk nie słuchają tylko punku. My wiemy, co lubimy i jak chcemy, żeby nasze piosenki brzmiały i ostatecznie to jest po prostu nas czterech łączących nasze gusta i pomysły.

Czy to, co gracie zazwyczaj odzwierciedla to, czego słuchacie bezpośrednio, czy raczej dzieje się to w mniej oczywisty sposób?

Nie wiem, myślę, że to zależy… Myślę, że zwykle czerpiemy pomysły od zespołów czy z piosenek, które lubimy, ale stosujemy je w taki sposób, że nie słychać tej inspiracji, tego wpływu bezpośrednio. Ale tak chyba jest w przypadku całej muzyki. Rozmawiałem dzisiaj z Frankiem [Turnerem – przyp. red.] o piosence, w której jego gitara brzmi jak Simon & Garfunkel i The Beatles, ale piosenka, którą śpiewa jest Franka Turnera – to była jego własna piosenka. Wiesz, fajnie jest, kiedy muzyka może taka być, że przywodzi ci na myśl inną muzykę, którą lubisz, ale ciągle jest czymś odmiennym.

Jakie jest twoje największe ostatnie muzyczne odkrycie?

Bardzo lubię zespół The Beths. To jest taki jakby surf indie rock, punk… fajne.

Powiedzmy coś o waszym nadchodzącym albumie. Z tego, co wiem materiał jest już nagrany od kilku miesięcy.

Jest i pracujemy nad tym dalej.

Kiedy możemy się spodziewać premiery?

Szczerze mówiąc, ciągle nie mam pojęcia.