Van alleen naar zachter 2018 w Paradiso, czyli wieczór songwriterów

Po zakończonym Reeperbahn Festival w Hamburgu udało mi się wygospodarować jeszcze trochę czasu, by ruszyć do Amsterdamu, aby zobaczyć kilka innych koncertów, które ominęłam będąc na Reeperbahn. W niedzielę ruszyłam się do Amsterdamu, gdzie w klubie Paradiso odbyło się wydarzenie Van alleen naar zachter 2018.

Zacznijmy od tego, że postanowiłam jechać do Amsterdamu autostopem. Początkowo ten pomysł wydawał się super, zmieniło się to jednak na wysokości Hanoweru, gdzie dopadł mnie deszcz i korki na autostradzie. Ostatecznie udało mi się dotrzeć do Paradiso z godzinnym opóźnieniem. Weszłam do klubu, w momencie, gdy swój występ zakończył Adam French, którego dwie ostatnie EPki „Weightless” i „You From The Rest” pokazują jak bardzo jego muzyka się rozwinęła od czasu, gdy widziałam go po raz pierwszy w 2016 roku.

Tak więc pierwszym występem jaki obejrzałam w całości był Sam Fender, występujący akustycznie. Był to już trzeci raz w tym roku, kiedy mogłam oglądać Sama na żywo i zdecydowanie był to najlepszy występ. Mimo, że koncert był akustyczny, to nie odczuwałam monotonii, która rzucała mi się od razu przy pierwszych dwóch jego występach. Może wpływ na moje odczucia miło miejsce, w którym odbywały się koncerty, bo Paradiso to kościół zamieniony na klub, do którego akustyczne granie pasuje idealnie. W każdym bądź razie Sam Fender ostatecznie przekonał mnie do siebie w tej akustycznej wersji.

Hollow Coves wnieśli do Paradiso trochę więcej światła i pogodnych dźwięków, niż poruszane przez Fendera tematy m.in. depresji. ALE, choć muzyka tego indie folkowego zespołu z Australii była żywa i zachęcała do tańca, to holenderska publiczność zdecydowanie nie należy do tanecznej. Stali oni raczej dość sztywno poruszając lekko głową, ale za to klaszcząc równomiernie. Ja natomiast bawiłam się bardzo dobrze pląsając z tyły sali i pewnie nie pomyliłabym się bardzo, gdybym powiedziała, że byłam jedyną osobą tańczącą podczas tego półgodzinnego występu. Hollow Coves natomiast polecam sprawdzić, bo był to najbardziej żywiołowy set, który ratował mnie przed zaśnięciem.

Na scenie głównej pojawili się także Matthew and the Atlas, którzy hipnotyzowali swoją muzyką zgromadzonych i wprawiali z zadumę. Przy nich można było się odprężyć, a widok osób siedzących na schodach opartych o balustradę napawał wewnętrznym spokojem.

Jako ostatni wystąpił Lewis Capaldi, wokalista niezwykle przyjazny i pogodny. Podczas jego występu nie brak było momentów do śmiechu. Lewis rozbawił publiczność już od samego początku, sprawiając, że zebrani go pokochali, a występ nagrodzili gromkimi brawami. Na co warto zwrócić uwagę, to zdolności wokalne muzyka, posada on bardzo przyjemną barwę głosu, która przyciąga jak magnes. W połączeniu z obecną na scenie gitarą i klawiszami, głos Lewisa brzmiał wyraźnie i mocno rozchodząc się po klubie i docierając do najwyższej galerii okalającej scenę.

Barbara Skrodzka